Co zrobić, gdy dostrzeżemy kogoś, kto na ulicy prosi (nas lub innych) o pieniądze?
Po pierwsze, można przyjąć, że to wina tego kogoś i nie ma powodu mu pomagać, bo przecież "każdy ma to, na co sobie zapracuje". Tak jednak nie jest – nie każdy z biednych ponosi odpowiedzialność za swoje ubóstwo, podobnie jak nie każdy z zamożnych samodzielnie dorobił się swego bogactwa (łatwo zapomnieć, jak istotne jest na przykład to, że rodzice zapłacili za nasze wykształcenie). Obiektywistyczne mrzonki odkładamy na półkę, tam, gdzie ich miejsce.
Po drugie, można odejść i zapomnieć. Jeżeli ktoś nie widzi w tym problemu, to zapewne nie będę w stanie go przekonać, że zachowuje się niewłaściwie – widocznie wyznajemy inne wartości. Mam jednak nadzieję, że Ty, Czytelniku, nie należysz do tej grupy ludzi.
Po trzecie, można starać się pomóc. Jeżeli tak, to w jaki sposób?
Dawanie pieniędzy na ulicy nie zawsze będzie najlepszym rozwiązaniem. Czy nam się to podoba, czy nie, nie mamy kontroli nad tym, na co zostanie wydane te parę złotych. Czasami żebrzący proszą szczerze, czasami potrzebują pieniędzy na alkohol, czasami zbierają je – nie zawsze z własnej woli – dla przestępców (informacja od ojca znajomej, policjanta z bardzo długim stażem).
Co zatem zrobić? Oto rozwiązanie, które staram się stosować (zapewne nie najlepsze, ale jak dotąd lepszego nie znalazłem). Za każdym razem, gdy widzimy żebrzącą osobę (nie tylko taką, która bezpośrednio zwraca się do nas o pomoc – każdą, która prosi, czy to ustnie, czy też na piśmie), staramy się tego samego dnia zanotować to w odpowiednim miejscu i odłożyć drobną kwotę. To może być 50 groszy, złotówka – tyle, ile uznamy za stosowne. Po jakimś czasie zebraną sumę przekazujemy na konto sprawdzonej fundacji charytatywnej pomagającej ubogim ludziom (oznacza to oczywiście, że musimy taką odszukać).
Co daje taki sposób postępowania? Po pierwsze, mamy pewność, że nasze pieniądze się nie zmarnują. Po drugie, dobra fundacja prawdopodobnie lepiej wykorzysta pojedynczą większą wpłatę niż kilkanaście osób – drobne datki. Po trzecie, może najważniejsze, co jakiś czas sami siebie zmuszamy do pomyślenia o problemie, o jakim w innym wypadku bardzo łatwo byłoby zapomnieć. Można starać się przypomnieć sobie twarz człowieka, dzięki któremu nasze "konto dla ubogich" wzbogaciło się o kolejne grosze. Można przez kilka sekund pomyśleć o tym, że mamy co jeść i gdzie spać.
Czego wymaga takie podejście? Dyscypliny i empatii.
Czym grozi? Zabiciem w sobie zaufania i szacunku dla drugiego człowieka. Żebrzący i bezdomni nie mogą stać się dla nas cyferkami w arkuszu kalkulacyjnym. Wpłacanie pieniędzy może wręcz w pewnych okolicznościach osłabić nasze współczucie, zamiast je wzmocnić; może być bardzo wygodnym sposobem redukowania poczucia winy.
Właśnie dlatego nie powinniśmy się ograniczać do wspomnianej listy. Warto co jakiś czas zaproponować proszącemu, że możemy mu kupić coś do jedzenia, chociażby kilka bułek. Czy mówić, dlaczego proponujemy żywność, a nie pieniądze? Szczegółowe wyjaśnienia chyba nie mają sensu, pewnie najlepiej krótko: "Nie chodzi o panią (pana), mam po prostu taką zasadę". Kiedy już wrócimy z tymi drobnymi zakupami (lub razem z potrzebującym wyjdziemy ze sklepu), można zatrzymać się na chwilę, spróbować krótkiej rozmowy. Przy pożegnaniu dobrze jest podać rękę.
Nie ma się co oszukiwać, najprawdopodobniej nie wyciągniemy nikogo z biedy, to nie od nas zależy. Możemy jednak zadbać o to, aby potrzebujący – przynajmniej dla nas, przynajmniej na chwilę – przestali być niewidzialni. Czytając o wynikach jednego z badań socjologicznych, przekonałem się, że jedną z najgorszych rzeczy, których doświadczają proszący, jest to fatalne uczucie, gdy czyjeś oczy prześlizgują się po tobie i nikogo nie dostrzegają.
Nie ma się też co oszukiwać, nie zatrzymamy się przy każdym, kto prosi o pomoc. Żyjemy własnym życiem i nie powinniśmy czuć się winni, jeśli nie starczy nam czasu i sił na to, by wszystkim proszącym poświęcać swoją uwagę (a nie starczy na pewno). Jeżeli jednak czasu i sił nie znajdujemy nigdy, to może warto samego siebie spytać:
Dlaczego?
2 komentarze:
Na razie odniosę się niemerytorycznie. Przypomniał mi się dowcip.
Ładny dom w bogatej dzielnicy. Do drzwi dzwoni bezdomny. Łachmany, kilkudniowy zarost, smród niemytego ciała. Otwiera mu pani domu.
— Szanowna pani, nie mam pracy, nie mam mieszkania, od trzech dni nic w ustach nie miałem. Czy ma pani jakąś starą bułkę?
— Bułkę? Proszę pana, my wczoraj mieliśmy przyjęcie, tyle jedzenia zostało... Zaraz panu przyniosę resztę tortu.
— Nie, nie, proszę pani, ja się zwykłą starą bułką najem.
— Nie ma mowy, jaką bułką, przyniosę panu tort, naje się pan czegoś dobrego, talerzyka nie będzie pan musiał odnosić.
— Ale ja naprawdę chcę tylko bułkę...
— Nie, nie ma mowy.
Pani domu na chwilę znika, potem wraca, wręcza żebrakowi talerzyk z wielkim kawałkiem bardzo apetycznie wyglądającego tortu. Żebrak odchodzi niepocieszony poczęstunkiem i mruczy pod nosem:
— Ty stara kurwo, jak ja mam niby denaturat przez tort przepuścić...
Pozostaje liczyć na to, że takie wykorzystanie bułki nie należy do typowych. ;-)
Prześlij komentarz