Serdecznie zapraszam do lektury rozmowy o "Zamku" Franza Kafki, którą przeprowadziliśmy z Borysem Jagielskim. Całość jest długa, podzieliłem ją więc na dwie części. Dzisiaj przedstawiam pierwszą z nich, znacznie krótszą, a dotyczącą tego, jak sprawdza się powieść prażanina jako beletrystyka; "jak się ją czyta". Część druga ukaże się na blogu w poniedziałek wieczorem.
Nawet jeśli afirmujemy problematyczny podział literatury na "popularną" i "wysoką", natychmiast trzeba zaznaczyć, że również i ta druga służy do czytania "dla przyjemności". Z tego oczywistego spostrzeżenia płynie mniej oczywisty wniosek — o literaturze wysokiej wolno dyskutować z punktu widzenia zwykłego czytelnika. Zwykłego, a więc takiego, którego bardziej interesuje, czy dany tytuł dobrze się czytało, aniżeli jaką teorię literatury najlepiej ilustruje, jak wpisuje się w swoją epokę i jaki jest jego stosunek do innych kanonicznych dzieł. Bo przecież "wysoka" literatura posiada także wymiar beletrystyczny. A beletrystykę ocenia się pod kątem pomysłu, fabuł, przekonywających postaci, zapadających w pamięci scen, tempa, klimatu, zwrotów akcji, dialogów, stylu. Podchodzenie na kolanach nie jest wymagane. Oczywiście, wielka literatura nie staje się wielką bez powodu, i zalety z reguły będą przewyższały wady. Mimo wszystko jednak, jeśli coś nam się nie spodoba, można śmiało wytknąć to palcem bez oglądania się na rzesze zawodowych krytyków. I odwrotnie: chwalić też zawsze należy po swojemu. W końcu każdy z nas szuka w literaturze czegoś innego.
Rozmawiamy o książkach. Tych głównonurtowych, tych kanonicznych, tych głośnych, tych uznanych, i to wcale niekoniecznie z ostatniego półwiecza. Rozmawiamy na luzie, choć czasem pozwalamy sobie również popaść w bardziej zaawansowany dyskurs.
Tego rodzaju dyskusje o wytworach kultury najlepiej czyta się po uprzednim zapoznaniu się z danym utworem. Zdajemy sobie zatem sprawę, że nasze wymiany poglądów są adresowane przede wszystkim do osób, które daną książkę znają i mogą skonfrontować swoje opinie z naszymi. Niemniej nie musi to wcale oznaczać, że nigdy nie zdołamy nikogo skłonić do sięgnięcia po pisarza z przysłowiowej górnej półki. Im więcej takich zachęconych, tym lepiej.
BORYS: Nie mam pojęcia, do jakich to interesujących konkluzji dojdziemy w naszej dyskusji, ale jedno nie ulega wątpliwości — "Zamek" Kafki to przede wszystkim powieść. A powieści służą w pierwszej kolejności do czytania; za analizę treści i poszukiwanie głębszych znaczeń należy brać się potem. Jaka jest więc Twoja ocena "Zamku" jako beletrystyki? Jak Ci się go czytało? Ja nie ukrywam, że nie jest to książka, którą bezwarunkowo bym komuś polecił, ale z drugiej strony na pewno nie będę też źle wspominał czasu spędzonego przy lekturze. "Zamek" po kilkudziesięciu stronach wciągnął mnie bowiem swoim klimatem, tak gęstym, że można by go kroić przysłowiowym nożem. Szkoda jednak, że budowa owej nastrojowości odbyła się kosztem fabuły. "Proces" w porównaniu z "Zamkiem" jawi się niczym trzymający w napięciu kryminał. Nie trzeba być złośliwym, by stwierdzić, iż w "Zamku" nie dzieje się niemalże nic. Ot, główny bohater, K., snuje się po wiosce położonej pod tytułowym zamkiem i toczy długie, rozwlekłe rozmowy z różnymi ludźmi.
STASZEK: Nastrój jest rzeczywiście bardzo gęsty. Niepowtarzalną atmosferę powieści tworzą rozważania K. na temat stosunków panujących w wiosce i na zamku i długie, długie monologi bohaterów niezależnych... przepraszam, drugoplanowych. Jest taki moment w książce, kiedy K. wysłuchuje trwającego chyba kilkadziesiąt stron opowiadania o rodzinie Barnabasa. Co jednak ciekawe, akurat ten ostatni monolog (bo trudno to nazwać rozmową) bardzo dobrze mi się czytało. Może dlatego, że paradoksalnie w nim właśnie całkiem sporo się dzieje... Ale dość o tym, nie możemy za dużo zdradzać.
Czytało się nieźle. Co więcej: pamiętasz pewnie naszą dyskusję sprzed lat o "Nowym wspaniałym świecie" Huxleya. Tam narzekaliśmy, że w książce mogłoby się dziać o wiele więcej i wcale nie zmieniłoby to jej charakteru. Tu zaś inaczej: gdyby wypadki toczyły się szybciej, sądzę, że Kafce nie udałoby się stworzyć tak niezwykłego, miejscami wprost przytłaczającego klimatu.
BORYS: Z pewnością nie udałoby, aczkolwiek trzeba zauważyć, że "Zamek" posiada zasadniczą wadę, która poniekąd dyskwalifikuje go jako utwór fabularny: Powieść Kafki jest... niedokończona. Autor porzucił pisanie po sześciu miesiącach i w liście do swojego przyjaciela i powiernika Maksa Broda stwierdził, że nie zamierza do "Zamku" wracać. Dwa lata później zmarł na gruźlicę. W testamencie nakazał zniszczenie wszystkich swych dzieł, ale mianowany egzekutorem Brod sprzeciwił się jego woli i postąpił dokładnie na odwrót — zabrał się za publikację. Niewykluczone więc, że później w zaświatach usłyszał od Kafki kilka brzydkich słów, ale z drugiej strony cała literatura dwudziestowieczna ma u Broda niemały dług wdzięczności.
STASZEK: Kilka brzydkich słów Kafki do Broda? Chciałbym usłyszeć tę wiązankę po niemiecku... Czyżby Hottentottenstottertrottelmutterbeutelrattenlattengitterkofferattentäter?
BORYS: Coś dużo gorszego, jak mniemam. Nie zapominajmy, że Kafka był specjalistą od czterostronicowych akapitów i zdań poszóstnie złożonych, czego dowody znajdujemy dosłownie w każdym rozdziale "Zamku".
STASZEK: Ciekaw jestem, jak czyta się ten tekst po niemiecku. Ale skłonny byłbym przypuszczać, że podobnie jak po polsku — że tłumacze (Krzysztof Radziwiłł i Kazimierz Truchanowski) postanowili zachować pierwotny wydźwięk Kafkowej niemczyzny (z którą kontaktu jednak nigdy nie miałem). O ile wiem, w mowie naszych zachodnich sąsiadów zdania poszóstnie złożone nie są wyjątkiem. W ogóle zresztą mam wrażenie, że języki pozycyjne, pozbawione rozbudowanej fleksji (czyli np. przypadków), lepiej sobie radzą z długimi zdaniami niż języki fleksyjne (wnioskuję na podstawie porównania angielskiego i niemieckiego z polskim). Hmm... Czyżby więc dla nas Kafka brzmiał jeszcze bardziej "obco" niż w oryginale? Ale to tylko taka dygresja, zapewne bez większego znaczenia.
BORYS: Oj, myślę, że z tym "pierwotnym wydźwiękiem Kafkowej niemczyzny" to też nie taka prosta sprawa. Pisarz stosował na przykład dość specyficzną interpunkcję, którą redaktorzy i tłumacze początkowo poprawiali jako błędną. Jednak z czasem kafkolodzy doszli do wniosku, że w tym szaleństwie tkwiła metoda i takie a nie inne stawianie przecinków i kropek ma istotne znaczenie dla odbioru całości.
STASZEK: No proszę! Dobrze wiedzieć.
BORYS: A skoro już mówimy o różnych wydaniach, to chciałem spytać, z jaką edycją książki miałeś do czynienia. Z tego co donosi mi "szybki gugiel", jak dotąd nie ukazało się rodzime tłumaczenie wydania krytycznego, za Malcolmem Pasleyem, które urywa się dosłownie w pół zdania. Obawiam się, że jeśli w ręce wpadła Ci wersja "pierwsza", tj. przygotowana przez Broda, to ominęła Cię znakomita, surrealistyczna scena rozdzielania dokumentów między urzędników zamkowych?
STASZEK: Moje wydanie książki skończyło się na scenie, w której K. wychodzi z jednej z karczm po wyrażeniu zainteresowania sukniami oberżystki. Ostatnie zdanie: "— Jutro znowu dostanę nową suknię, może więc każę ciebie wezwać". Zatem istotnie trafiłem na wersję krótszą. Aczkolwiek scenę rozdzielania dokumentów chyba czytałem — o ile masz na myśli to, co działo się w korytarzu przed zamkniętymi (i na krótko otwieranymi) drzwiami urzędniczych pokojów, a czego K. był nie do końca legalnym świadkiem.
BORYS: Tak, właśnie! Jak dla mnie była to najlepsza scena książki, bo Kafka opisał owo rozdzielanie bardzo plastycznie. Jeżeli ktoś w tym momencie puknie się w czoło i zapyta, jak można opisać plastycznie rozdzielanie dokumentów między urzędników... to odeślę go właśnie do lektury "Zamku". Swoją drogą, rzeczona scena skojarzyła mi się z filmem "Brasil" Terry'ego Gilliama, gdzie podobne "biurokratyczne" motywy również odgrywały bardzo ważną rolę w scenografii (oraz fabule).
STASZEK: Skądinąd zaciekawiła mnie nota edytorska, z której wynika, że pierwsza interpretacja tytułowego zamku, autorstwa Maksa Broda właśnie, miała charakter teologiczny. Zamek miał być symbolem Bożej mądrości, która kieruje światem. To ja za taką mądrość dziękuję, postoję, bo miłości w niej nie ma za grosz... Choć po namyśle muszę przyznać, że ciekawa to interpretacja. Bo jak to w dobrych metaforach bywa: jeżeli mądrość Boga miałaby być przedstawiona za pomocą machiny biurokratycznej, to nie tylko ona nabiera cech boskiego rozumu, ale i o tym ostatnim zaczynam myśleć w kategoriach systemu biur urzędniczych. Innymi słowy, przenośnia działa w obie strony. A to daje mi już, jako katolikowi, sporo do myślenia.
BORYS: Czyżby więc św. Piotr, w dowcipach zajmujący się wpuszczaniem lub niewpuszczaniem różnych osobników do Nieba, miałby tak naprawdę uosabiać batalion "pań z okienka"?
STASZEK: Albo pań z dziekanatu...

1 komentarze:
Zdjęcie wypożyczyłem z witryny: http://cz.prague-stay.com (dokładny adres: http://cz.prague-stay.com/img/2672/2/false/prague-franz-kafka1.jpg).
Prześlij komentarz