Na IV i V roku psychologii odbywamy staże. Kiedyś jeździło się na parę tygodni w koszary – dziś wygląda to nieco inaczej. Przeprowadzamy parę rozmów z pacjentem danego ośrodka (nie obejdzie się też bez kwestionariuszy), a po ich zakończeniu udzielamy mu informacji zwrotnych oraz sporządzamy pisemną diagnozę. Wszystko zatwierdza opiekun stażu, z którym można porozmawiać o napotkanych problemach.
Ja trafiłem do szpitala na oddział rehabilitacyjno-kardiologiczny. Moim zadaniem stała się rozmowa z mężczyzną po zawale serca, około dziesięciu dni po zdarzeniu. Pan Tomasz (imię zmienione) będzie na oddziale przez dwa tygodnie – w tym czasie odbędziemy 4 do 5 spotkań.
Dziś miała miejsce nasza pierwsza rozmowa. Przyznam, że się denerwowałem (stresowałem). Na szczęście jednak Pan Tomasz okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. Mam wrażenie, że dzięki niemu tego spotkania po prostu nie dałoby się zepsuć. Na pewno zrobiłem wiele rzeczy, które warto zmienić (myślę m.in. o niejasnych pytaniach albo o często powtarzanym słowie "rozumiem"), ale najważniejsze było nawiązanie kontaktu. Myślę, że nam obu się to udało.
Kolejna rozmowa w poniedziałek rano. Wezmę też wtedy udział (zapewne bierny) w "obchodzie z profesorem" – cokolwiek to znaczy.
Niektórzy ze znajomych znaleźli się w znacznie trudniejszych miejscach; prowadzenie rozmowy, dla przykładu, z osobą pogrążoną w depresji nie jest łatwym zadaniem. Moja sytuacja ma tę wadę, że straciłem jedną okazję do względnie bezpiecznego (jako stażysta nie mogę za dużo zaszkodzić) spotkania z człowiekiem mającym dość poważny problem psychologiczny. Ale ma i tę zaletę, iż mogę wchodzić w rolę psychologa raczej stopniowo niż gwałtownie. Nie żałuję więc, że nie stało się inaczej.
PS. Jutro rano (w czwartek) wyjeżdżam. Wracam w niedzielę. Jeśli ktoś będzie chciał coś załatwić mailowo, przyjdzie mu poczekać kilka dni.
środa, kwiecień 29, 2009
poniedziałek, kwiecień 27, 2009
"Pan Wołodyjowski"
[Identyczny wpis umieściłem na blogu poltergeistowym].
W końcu przesłuchałem "Pana Wołodyjowskiego". Tak, przesłuchałem – skorzystałem z audiobooka nagranego przez Janusza Gajosa. W ten sposób do niewątpliwych walorów powieściowej narracji dołączyła znakomita interpretacja lektora. Szczególnie urzekli mnie Zagłoba z Basią. "Mróz, mróz, mróz!" – doskonałe!
Przy tej okazji ponownie zwróciłem uwagę, jak bardzo nacechowana ideologicznie to powieść (co skądinąd nie jest wyłączną cechą ani Sienkiewicza, ani jego czasów – i my mamy swoje ideologie). Narratorowi parokrotnie wyrywa się "przeklętej pamięci Lubomirski", słowo "Głupi!" na określenie Turków (ten sam wyraz wobec Polaków, jeśli dobrze zapamiętałem, nigdy nie pada) i podobne wyrażenia. Poza tym pozorna neutralność narracji (bezpośrednich komentarzy wartościujących, takich jak przytoczone wyżej, jest bardzo mało) załamuje się, gdy spojrzymy na konstrukcję świata przedstawionego. Jasne dobro i zło, przy czym dobro najczęściej po stronie polskiej. Taki z lekka ksenofobiczny patriotyzm.
Nowego Świata tu nie odkrywam – wojna o Sienkiewicza toczyła się już sto lat temu. Ale doświadczenie tej stronniczości na nowo to wartościowe doświadczenie. Pewnie jest ona jednym z powodów, dla których Gombrowicz nazwał "Trylogię" (i słusznie) pierwszorzędną literaturą drugorzędną. Odpowiedzi, które tam padają, wydają się nieco zbyt proste.
Natomiast nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagę na rzeczy, które może wyciągnąć z powieści miłośnik gier fabularnych. Na przykład gdzieś w pierwszym tomie pojawia się scena, w której obok Basi (chyba) na łóżku siadają dwie personifikacje uczuć. Jednej nie pamiętam, drugą jest Smutek. I zaczyna się regularny dialog, w którym Basia głównie słucha, a personifikacje sobie na niej używają. Jak by to wyszło na sesji? Może kiedyś sprawdzę.
Poza tym – charakterystykaa obozu sułtana, sceny bitew. Znakomite! Aczkolwiek pod świetnymi opisami kryje się mało ważnych zdarzeń (w dodatku dających się dość łatwo wpisać w pewne schematy). Literaturoznawcy (niektórzy) stwierdziliby może, iż skomplikowanej narracji towarzyszy prosta fabuła. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
W końcu przesłuchałem "Pana Wołodyjowskiego". Tak, przesłuchałem – skorzystałem z audiobooka nagranego przez Janusza Gajosa. W ten sposób do niewątpliwych walorów powieściowej narracji dołączyła znakomita interpretacja lektora. Szczególnie urzekli mnie Zagłoba z Basią. "Mróz, mróz, mróz!" – doskonałe!
Przy tej okazji ponownie zwróciłem uwagę, jak bardzo nacechowana ideologicznie to powieść (co skądinąd nie jest wyłączną cechą ani Sienkiewicza, ani jego czasów – i my mamy swoje ideologie). Narratorowi parokrotnie wyrywa się "przeklętej pamięci Lubomirski", słowo "Głupi!" na określenie Turków (ten sam wyraz wobec Polaków, jeśli dobrze zapamiętałem, nigdy nie pada) i podobne wyrażenia. Poza tym pozorna neutralność narracji (bezpośrednich komentarzy wartościujących, takich jak przytoczone wyżej, jest bardzo mało) załamuje się, gdy spojrzymy na konstrukcję świata przedstawionego. Jasne dobro i zło, przy czym dobro najczęściej po stronie polskiej. Taki z lekka ksenofobiczny patriotyzm.
Nowego Świata tu nie odkrywam – wojna o Sienkiewicza toczyła się już sto lat temu. Ale doświadczenie tej stronniczości na nowo to wartościowe doświadczenie. Pewnie jest ona jednym z powodów, dla których Gombrowicz nazwał "Trylogię" (i słusznie) pierwszorzędną literaturą drugorzędną. Odpowiedzi, które tam padają, wydają się nieco zbyt proste.
Natomiast nie byłbym sobą, gdybym nie zwrócił uwagę na rzeczy, które może wyciągnąć z powieści miłośnik gier fabularnych. Na przykład gdzieś w pierwszym tomie pojawia się scena, w której obok Basi (chyba) na łóżku siadają dwie personifikacje uczuć. Jednej nie pamiętam, drugą jest Smutek. I zaczyna się regularny dialog, w którym Basia głównie słucha, a personifikacje sobie na niej używają. Jak by to wyszło na sesji? Może kiedyś sprawdzę.
Poza tym – charakterystykaa obozu sułtana, sceny bitew. Znakomite! Aczkolwiek pod świetnymi opisami kryje się mało ważnych zdarzeń (w dodatku dających się dość łatwo wpisać w pewne schematy). Literaturoznawcy (niektórzy) stwierdziliby może, iż skomplikowanej narracji towarzyszy prosta fabuła. Cóż, nie można mieć wszystkiego.
piątek, kwiecień 24, 2009
"Katedra"
[Poniższy tekst umieściłem również na blogu w serwisie Poltergeist, w identycznej postaci. Kopiuję go tutaj, ponieważ przypuszczam, że znajdzie się kilka osób, które czytają tego bloga, ale tamtego niekoniecznie].
W tym semestrze biorę udział w zajęciach z fantastyki literackiej na ekranie, prowadzonych przez dr. Jacka Nowakowskiego. W ich ramach dyskutowaliśmy m.in. o "Solaris" Lema i "Katedrze" Dukaja. Tę ostatnią przeczytałem dzisiaj i postanowiłem podzielić się z Wami kilkoma spostrzeżeniami. Niektóre z nich są moje, inne pochodzą z zajęć.
– Niezwykły jest sposób, w jaki Dukaj pisze o Katedrze. Już w pierwszym akapicie bezpośrednio porównuje ją do ptaka. Potem w opisach "budowli" (właśnie, jakich słów użyć, każde kłamie, także "Katedra" to bynajmniej nie neutralne sformułowanie) padają takie wyrazy, jak "żebra", "kręgosłup", "szkielet". Animizacja. "Katedra zmienia się z kamienia w zwierzę. Nie oddech, ale coś jednak porusza nią, istnieje rytm – wielogodzinny, skomplikowany rytm – w którym żebra nawy głównej unoszą się i opadają, szpony wież zaciskają się na próżni, falangi kostnych grzebieni stroszą się i kładą ku krzyżowi, a krzyż, krzyż jest coraz większy". Literatura dostarcza wielu przykładów takich metafor: opisywania jednej rzeczy w kategoriach drugiej. Zarazem to znakomity materiał dla mistrzów gry – przypomniał mi i na nowo uświadomił, jak ważną rolę mogą odegrać przenośnie w erpegowej narracji.
– I Dukaj, i Lem pisali o Niepoznawalnym, o innej istocie, z którą człowiek się kontaktuje i którą próbuje poznać. Nie poznaje jej wprawdzie, ale w toku tego kontaktu na nowo doświadcza siebie. (Katedra wielokrotnie opisywana jest jako coś, co żyje; zbudowana zresztą z żywokrystu, zmienia swój kształt z biegiem czasu. Podobnie Ocean).
– Obejrzałem również film Bagińskiego. Luźno inspirowany opowiadaniem, skupiony wyłącznie na jednej scenie, traci wiele z kontekstu religijnego, metafizycznego, technologicznego. Jest jednak piękny, a jak napisali obaj twórcy w przedmowie do wspólnego książkowego wydania "Katedry": "Gdy filmowa realizacja Katedry zdobywa uznanie i rozgłos światowy, warto zapomniec, że w istocie cały ów proces napędzany był mocą tej samej nierozumnej, radosnej, dziecinnej fascynacji, która sprawia, że wieczorami, nocami, z wysuniętym językiem i wypiekami na policzkach ślęczymy nad naszymi wariackimi projektami – nie ma znaczenia: przy sztaludze, nad rękopisem, przy komputerze [...] – bo jest zbyt piękne, bo złapało za serce i umysł, bo nie sposób się oprzeć.
Nawet jeśli przyjdzie zapłacić cenę najwyższą, gdy okrutna fascynacja rzeczywiście pochłonie i skonsumuje człowieka bez reszty". Bardzo cenna perspektywa interpretacyjna.
– Uprzytomniłem sobie przy okazji, jak wielkie mam braki w lekturze fantastyki. Pozostaje wierzyć, że znajdę czas, aby stopniowo poznawać najpierw jej klasykę, a następnie może i rzadsze dzieła – uzbrojony w różne narzędzia historyczno- i teoretycznoliterackie. Bardzo możliwe, że to będzie jeden z moich planów na przyszły rok akademicki. Tym bardziej że szykuje się szansa kontaktu z osobą zajmującą się badawczo właśnie tą problematyką... Ale zobaczymy.
– I na koniec jeden drobny szczegół, który mnie niezwykle ujął. Otóż narrator opowiadania, Lavone, w pewnej chwili mówi tak. "O samym żywokryście wiem wystarczająco dużo, by móc przejrzeć te księgi bez uczucia, iż walę głowa w mur ezoteryki hi-tech. Co prawda nigdy do końca nie pojąłem teorii jego programowania [...]. Praktykę jednak znam, kiedyś nawet sam siałem. Była to [...] mała altanka nad jeziorem u dziadków na Hoolstalonie. [...] Już wtedy nurtowała mnie założona nieprecyzyjność owego procesu: nie miało znaczenia, czy posieję te ziarna dokładnie wzdłuz linii, czy rozsypię szeroką wstęgą; nie miało to znaczenia, gdzie które z nich upadnie" (podkr. moje).
A teraz przypowieść o siewcy (Łk 8, 5–8a):
"«Siewca wyszedł siać ziarno. A gdy siał, jedno padło na drogę i zostało podeptane, a ptaki powietrzne wydziobały je. Inne padło na skałę i gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci. Inne znowu padło między ciernie, a ciernie razem z nim wyrosły i zagłuszyły je. Inne w końcu padło na ziemię żyzną i gdy wzrosło, wydało plon stokrotny»".
Dukaj nie rozwija tego wątku, ale Lavone jest księdzem. W jego ustach opowieść o sianiu żywokrystu nabiera ciekawych znaczeń. I jeszcze bardziej wzmacnia religijny kontekst opowieści o Katedrze. Chyba właśnie na niego zwrócę uwagę w dalszych lekturach Dukajowej prozy.
W tym semestrze biorę udział w zajęciach z fantastyki literackiej na ekranie, prowadzonych przez dr. Jacka Nowakowskiego. W ich ramach dyskutowaliśmy m.in. o "Solaris" Lema i "Katedrze" Dukaja. Tę ostatnią przeczytałem dzisiaj i postanowiłem podzielić się z Wami kilkoma spostrzeżeniami. Niektóre z nich są moje, inne pochodzą z zajęć.
– Niezwykły jest sposób, w jaki Dukaj pisze o Katedrze. Już w pierwszym akapicie bezpośrednio porównuje ją do ptaka. Potem w opisach "budowli" (właśnie, jakich słów użyć, każde kłamie, także "Katedra" to bynajmniej nie neutralne sformułowanie) padają takie wyrazy, jak "żebra", "kręgosłup", "szkielet". Animizacja. "Katedra zmienia się z kamienia w zwierzę. Nie oddech, ale coś jednak porusza nią, istnieje rytm – wielogodzinny, skomplikowany rytm – w którym żebra nawy głównej unoszą się i opadają, szpony wież zaciskają się na próżni, falangi kostnych grzebieni stroszą się i kładą ku krzyżowi, a krzyż, krzyż jest coraz większy". Literatura dostarcza wielu przykładów takich metafor: opisywania jednej rzeczy w kategoriach drugiej. Zarazem to znakomity materiał dla mistrzów gry – przypomniał mi i na nowo uświadomił, jak ważną rolę mogą odegrać przenośnie w erpegowej narracji.
– I Dukaj, i Lem pisali o Niepoznawalnym, o innej istocie, z którą człowiek się kontaktuje i którą próbuje poznać. Nie poznaje jej wprawdzie, ale w toku tego kontaktu na nowo doświadcza siebie. (Katedra wielokrotnie opisywana jest jako coś, co żyje; zbudowana zresztą z żywokrystu, zmienia swój kształt z biegiem czasu. Podobnie Ocean).
– Obejrzałem również film Bagińskiego. Luźno inspirowany opowiadaniem, skupiony wyłącznie na jednej scenie, traci wiele z kontekstu religijnego, metafizycznego, technologicznego. Jest jednak piękny, a jak napisali obaj twórcy w przedmowie do wspólnego książkowego wydania "Katedry": "Gdy filmowa realizacja Katedry zdobywa uznanie i rozgłos światowy, warto zapomniec, że w istocie cały ów proces napędzany był mocą tej samej nierozumnej, radosnej, dziecinnej fascynacji, która sprawia, że wieczorami, nocami, z wysuniętym językiem i wypiekami na policzkach ślęczymy nad naszymi wariackimi projektami – nie ma znaczenia: przy sztaludze, nad rękopisem, przy komputerze [...] – bo jest zbyt piękne, bo złapało za serce i umysł, bo nie sposób się oprzeć.
Nawet jeśli przyjdzie zapłacić cenę najwyższą, gdy okrutna fascynacja rzeczywiście pochłonie i skonsumuje człowieka bez reszty". Bardzo cenna perspektywa interpretacyjna.
– Uprzytomniłem sobie przy okazji, jak wielkie mam braki w lekturze fantastyki. Pozostaje wierzyć, że znajdę czas, aby stopniowo poznawać najpierw jej klasykę, a następnie może i rzadsze dzieła – uzbrojony w różne narzędzia historyczno- i teoretycznoliterackie. Bardzo możliwe, że to będzie jeden z moich planów na przyszły rok akademicki. Tym bardziej że szykuje się szansa kontaktu z osobą zajmującą się badawczo właśnie tą problematyką... Ale zobaczymy.
– I na koniec jeden drobny szczegół, który mnie niezwykle ujął. Otóż narrator opowiadania, Lavone, w pewnej chwili mówi tak. "O samym żywokryście wiem wystarczająco dużo, by móc przejrzeć te księgi bez uczucia, iż walę głowa w mur ezoteryki hi-tech. Co prawda nigdy do końca nie pojąłem teorii jego programowania [...]. Praktykę jednak znam, kiedyś nawet sam siałem. Była to [...] mała altanka nad jeziorem u dziadków na Hoolstalonie. [...] Już wtedy nurtowała mnie założona nieprecyzyjność owego procesu: nie miało znaczenia, czy posieję te ziarna dokładnie wzdłuz linii, czy rozsypię szeroką wstęgą; nie miało to znaczenia, gdzie które z nich upadnie" (podkr. moje).
A teraz przypowieść o siewcy (Łk 8, 5–8a):
"«Siewca wyszedł siać ziarno. A gdy siał, jedno padło na drogę i zostało podeptane, a ptaki powietrzne wydziobały je. Inne padło na skałę i gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci. Inne znowu padło między ciernie, a ciernie razem z nim wyrosły i zagłuszyły je. Inne w końcu padło na ziemię żyzną i gdy wzrosło, wydało plon stokrotny»".
Dukaj nie rozwija tego wątku, ale Lavone jest księdzem. W jego ustach opowieść o sianiu żywokrystu nabiera ciekawych znaczeń. I jeszcze bardziej wzmacnia religijny kontekst opowieści o Katedrze. Chyba właśnie na niego zwrócę uwagę w dalszych lekturach Dukajowej prozy.
Etykiety:
Książki,
Literatura,
RPG,
Wiara i religia
środa, kwiecień 22, 2009
Urlop
Na przełomie marca i kwietnia wziąłem sobie tygodniowy urlop. Umierałem już z przepracowania i bardzo dobrze mi to zrobiło. Przy okazji potwierdziło się, że można z Poznania polecieć przez Londyn do Klagenfurtu (południowa Austria) za 23 (słownie: dwadzieścia trzy) złote. Tak, to nie żart. Wypatrujcie tanich linii lotniczych! (ja leciałem Ryanairem).
Co prawda pociąg powrotny z Wiednia do Poznania był już o wiele droższy. Ale i tak wypatrujcie tanich linii.
Nic nie napiszę o wyjeździe, bo po pierwsze – niestety brak czasu, a po drugie – już to zrobiono. Zapraszam do obejrzenia 205 zdjęć Wojtka oraz wpisów Piotrka:
– Czterech panów w aucie nie licząc Gniewosza,
– Podróż na styku trzech państw,
– **** nie Gore-Tex,
– Touch of Erasmus.
Co prawda pociąg powrotny z Wiednia do Poznania był już o wiele droższy. Ale i tak wypatrujcie tanich linii.
Nic nie napiszę o wyjeździe, bo po pierwsze – niestety brak czasu, a po drugie – już to zrobiono. Zapraszam do obejrzenia 205 zdjęć Wojtka oraz wpisów Piotrka:
– Czterech panów w aucie nie licząc Gniewosza,
– Podróż na styku trzech państw,
– **** nie Gore-Tex,
– Touch of Erasmus.
Subskrybuj:
Posty (Atom)