Dziś dwa obrazki z Kafki rodem.
Obrazek pierwszy – szalet w Collegium Maius. Na drzwiach napis.
TOALETA NIECZYNNA
TYLKO DLA PRACOWNIKÓW BUDOWY
Obrazek drugi – kartka na drzwiach piekarni.
24.12–5.01 NIECZYNNE
PROMOCJA
wtorek, styczeń 05, 2010
poniedziałek, styczeń 04, 2010
Tygodnik #11–12
21 grudnia 2009 – 3 stycznia 2010
Zaczęło się znakomicie, bo od rorat. Co tu dużo gadać, do poznańskich dominikanów w grudniu na szóstą rano posłałbym największego ateistę. Myślę, że nie trzeba być katolikiem, aby zauroczyć się pięknem tej liturgii, jej cudownych pieśni łacińskich i staropolskich. Nie trzeba nim także być, aby docenić trzydziestoletnią pracę Jana Gołaskiego, który przez pielęgnację tradycyjnego śpiewu liturgicznego zachowuje skarby naszej kultury. Ad multos annos!
Żałuję jedynie, że w tym roku byłem na roratach tylko dwa razy. Niedawna choroba zniechęciła mnie bowiem do tak wczesnego zrywania się z łóżka. Cóż, nie można w życiu mieć wszystkiego. Tak się natomiast szczęśliwie złożyło, że spotkałem na roratach dwie z osób bardzo mi bliskich – gdyby to była powieść, można by się w tym było doszukiwać symboliki!
Jeszcze przed właściwą wigilią Bożego Narodzenia spotkaliśmy się na wigilii klasowej. Niektórych osób nie widziałem nawet od paru lat, a jednak było zaskakująco ciepło i miło. Mniej przyjemny był sam okres świąt, jako że przyszło mi kontynuować starą walkę (nieskończoną do dziś, chociaż to już naprawdę ostatki) z pewnym tekstem, który zacząłem redagować jeszcze przed dziwnymi eonami. Cóż, nie można mieć wszystkiego...
Przeczytałem przez te dwa tygodnie kilka książek i obejrzałem parę filmów. Psychozę Blocha, Zieloną Milę Kinga, Gibsonowskiego Neuromancera, Klub Dumas Pereza-Reverte; Parasolki z Cherbourga Demy'ego, Avatara Camerona. Wszystkie dobre, a o Kingu mogliście niedawno przeczytać więcej. Skądinąd Klub Dumas jest niemal równie dobry, ba, nawet przewyższa Milę erudycją i metodą narracyjną; ustępuje jej natomiast metafizyką.
Było też kilka okazji do niezdrowych emocji w internecie – odnotuję je tutaj, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Widać musi to trochę potrwać, zanim dorobię się pełnej odporności na takie rzeczy; nie można jednak, nieprawdaż, mieć wszystkiego.
Dobrze, że powiodło się z Sylwestrem; nie tak wiele brakowało, abym spędził go w domu. Otrzymałem jednak zaproszenie, za które jestem wdzięczny. Jak to ujął znajomy: "Rozmowy, kalambury – typowy Sylwester intelektualistów". Ano i owszem; wszak każdemu co kto lubi!
Na koniec jeszcze jedno: w ostatnich dniach rozmawiałem z kilkoma osobami o pisaniu tekstów popularyzatorskich. Bezpośrednim powodem do tego był mój cykl o konwencji w RPG, natomiast skutki owych rozmów mogą być znacznie bardziej dalekosiężne. Wszystkim, z którymi dyskutowałem, bardzo dziękuję!
Zaczęło się znakomicie, bo od rorat. Co tu dużo gadać, do poznańskich dominikanów w grudniu na szóstą rano posłałbym największego ateistę. Myślę, że nie trzeba być katolikiem, aby zauroczyć się pięknem tej liturgii, jej cudownych pieśni łacińskich i staropolskich. Nie trzeba nim także być, aby docenić trzydziestoletnią pracę Jana Gołaskiego, który przez pielęgnację tradycyjnego śpiewu liturgicznego zachowuje skarby naszej kultury. Ad multos annos!
Żałuję jedynie, że w tym roku byłem na roratach tylko dwa razy. Niedawna choroba zniechęciła mnie bowiem do tak wczesnego zrywania się z łóżka. Cóż, nie można w życiu mieć wszystkiego. Tak się natomiast szczęśliwie złożyło, że spotkałem na roratach dwie z osób bardzo mi bliskich – gdyby to była powieść, można by się w tym było doszukiwać symboliki!
Jeszcze przed właściwą wigilią Bożego Narodzenia spotkaliśmy się na wigilii klasowej. Niektórych osób nie widziałem nawet od paru lat, a jednak było zaskakująco ciepło i miło. Mniej przyjemny był sam okres świąt, jako że przyszło mi kontynuować starą walkę (nieskończoną do dziś, chociaż to już naprawdę ostatki) z pewnym tekstem, który zacząłem redagować jeszcze przed dziwnymi eonami. Cóż, nie można mieć wszystkiego...
Przeczytałem przez te dwa tygodnie kilka książek i obejrzałem parę filmów. Psychozę Blocha, Zieloną Milę Kinga, Gibsonowskiego Neuromancera, Klub Dumas Pereza-Reverte; Parasolki z Cherbourga Demy'ego, Avatara Camerona. Wszystkie dobre, a o Kingu mogliście niedawno przeczytać więcej. Skądinąd Klub Dumas jest niemal równie dobry, ba, nawet przewyższa Milę erudycją i metodą narracyjną; ustępuje jej natomiast metafizyką.
Było też kilka okazji do niezdrowych emocji w internecie – odnotuję je tutaj, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Widać musi to trochę potrwać, zanim dorobię się pełnej odporności na takie rzeczy; nie można jednak, nieprawdaż, mieć wszystkiego.
Dobrze, że powiodło się z Sylwestrem; nie tak wiele brakowało, abym spędził go w domu. Otrzymałem jednak zaproszenie, za które jestem wdzięczny. Jak to ujął znajomy: "Rozmowy, kalambury – typowy Sylwester intelektualistów". Ano i owszem; wszak każdemu co kto lubi!
Na koniec jeszcze jedno: w ostatnich dniach rozmawiałem z kilkoma osobami o pisaniu tekstów popularyzatorskich. Bezpośrednim powodem do tego był mój cykl o konwencji w RPG, natomiast skutki owych rozmów mogą być znacznie bardziej dalekosiężne. Wszystkim, z którymi dyskutowałem, bardzo dziękuję!
sobota, styczeń 02, 2010
Graj konwencją – część trzecia
W poprzednich częściach cyklu (pierwszej i drugiej) mogliście przeczytać o tym, czym jest konwencja i jaką rolę odgrywa w grach fabularnych, a także zapoznać się z analizą konwencji serialu Supernatural. Teraz będę już pisał wyłącznie o tym, jak przekładać tę wiedzę na sesje RPG; od teorii literaturoznawczej przechodzimy więc do erpegowej praktyki.Niedawno ukazała się trzecia część mojego cyklu tekstów o znaczeniu konwencji w RPG. Jak zawsze zapraszam do lektury!
niedziela, grudzień 27, 2009
Zielona Mila
Ile znacie współczesnych powieści w odcinkach? Ja nie przypominam sobie ani jednej. Z tym większym zatem zaskoczeniem przeczytałem w przedmowie do Zielonej mili, iż Stephen King postanowił ją wydać właśnie w ten sposób. Zainspirowany XIX-wiecznymi utworami Karola Dickensa, podzielił całość na sześć części, nie mając pojęcia, dokąd go ta droga zaprowadzi. Doprawdy nieprawdopodobne. A to wcale nie jedyna wyjątkowa cecha tej nadzwyczajnej powieści.
Wstęp i przedmowę do jednolitego książkowego wydania Mili (bo takie właśnie, opublikowane jakiś czas po ukazaniu się ostatniej części, miałem w rękach) przeczytać zresztą w ogóle warto, autor podsuwa w niej bowiem pewne klucze interpretacyjne. Radzę jednak wstrzymać się z tym do chwili, gdy będziecie mieć za sobą przynajmniej połowę utworu – o niektórych rzeczach za wcześnie lepiej nie wiedzieć. Ba, może nawet lepiej przeczytać przedmowę i wstęp (dochodzi do nich jeszcze posłowie) dopiero po zakończeniu lektury, dopiero wręcz po własnej refleksji nad nią, żeby zbyt wcześnie się nie zasugerować...
...ale powróćmy już do samej powieści. Słowo "klucze", którego przed chwilą użyłem, to ważny element tekstu – akcja utworu dzieje się bowiem w więzieniu. Już pierwszy akapit powieści (powtórzony skądinąd w jej końcowych partiach, gdzie pełni funkcję domykającej całość klamry, jednej z kilku) wyjaśnia wiele: "Zdarzyło się to w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim, kiedy stanowe więzienie wciąż mieściło się w Cold Mountain. I kiedy było tam oczywiście krzesło elektryczne". Istotnie, głównymi węzłami fabularnymi są egzekucje, tych zaś dogląda narrator – Paul Edgecombe, szef bloku, w którym przebywają więźniowie skazani wyrokiem śmierci. Drugą po nim postacią jest w książce John Coffey (jego nazwisko wymawia się tak samo jak nazwę napoju, tylko inaczej się pisze), potężny Murzyn, który kryje, rzecz jasna, niezwykłą tajemnicę. Galeria bohaterów nie została przez Kinga zbytnio rozszerzona, ale dzięki temu jest więcej miejsca dla tych, co znaleźli drogę na na stronice książki.
Mysz...
Pan Dzwoneczek...
Mysz? Ach! Wybaczcie, zamyśliłem się na chwilę. Mówiąc o bohaterach Zielonej Mili, trudno nie wspomnieć o Matrosie Willym, czyli właśnie Panu Dzwoneczku. Jeszcze nigdy nie spotkałem utworu o ludziach, w którym tak bardzo poruszyłyby mnie losy myszy. Kiedy teraz wracam myślami do końcowych zdań części trzeciej, mam poczucie, że to właśnie z tą postacią związałem najżywsze, najmocniejsze emocje. Niesamowite, jak King potrafił rozegrać historię Pana Dzwoneczka, tej jednej maleńkiej, kochanej myszy.
Czy widzę uśmiech na Waszych twarzach? Jeżeli tak, to nie ma potrzeby go ukrywać, bo właśnie o to chodzi w tej powieści. Są w niej łzy, ale jest także radość. To prawdziwie królewska narracja, w której nie braknie powodów do smutku, lecz z kart przeziera także głębokie dobro. Paul Edgecombe w swojej opowieści powołuje do istnienia cały świat, z jego najwyższymi szczytami i najciemniejszymi pieczarami; jeżeli miałbym porównać jej lekturę do podróży, to nie byłby to nużący marsz po równinie, ale fascynująca wędrówka w górach. Autorowi Miasteczka Salem powiodła się rzecz niesłychana: on, twórca tylu horrorów, ikona literatury popularnej, postawił przed sobą zadanie (sam o tym zresztą pisze) ukazania mitu – i wygrał, wygrał wszystko. Gdyby to było możliwe, tę książkę czytałoby się na jednym oddechu.
Tomek Majkowski stwierdził kiedyś, że dla Amerykanów powieściopisarstwo równa się imitowaniu Henry'ego Jamesa. Oznacza to taką metodę narracyjną, wskutek której podążamy za bohaterem, patrząc na świat jego oczyma; nie ma wszechwiedzy, nie ma komentarzy odautorskich, nie ma boskich sądów wyjaśniających czytelnikowi, kogo pokochać, a kogo znienawidzić. Jest tylko zwykły ludzki umysł i zwykły mózg. Dzisiaj faktycznie piszą w ten sposób prawie wszyscy; Stephen King zdołał się wszakże z tego wyłamać, nawiązując do najlepszych tradycji dziewiętnastowiecznej prozy nie tylko formułą powieści w odcinkach, ale i właśnie sposobem narracji. To zaskakujące, jak wielką Zielona Mila zyskała dzięki temu świeżość. Wydarzenia roku 1932 wspomina Paul po wielu, wielu latach; czasem przestawia kolejność chronologiczną, lecz przede wszystkim wiedza o późniejszych wydarzeniach pozwala mu niby mimochodem rzucać uwagi, które rozpalają ciekawość czytelnika silniej niż cokolwiek innego. Zanim na scenie ukaże się William Wharton, najgroźniejszy więzień bloku E, słyszymy o nim kilka razy; wiemy, czego się spodziewać, a jednocześnie zdajemy sobie sprawę, iż narrator nie mówi nam wszystkiego; i właśnie dzięki temu nie możemy oderwać wzroku od kolejnej, następnej, dalszej i jeszcze jednej strony.
Szkoda mi tylko tego, co zaszło między Johnem Coffeyem a Dzikim Billem. Nie mogę tutaj o tym mówić, lecz zaznaczę, że w tym miejscu – w moim odczuciu – King za bardzo uprościł sobie zadanie, pognał myślami na skróty, może pod wpływem własnego sposobu pisania horrorów. Z tego powodu zdarzyła się chyba jedyna rzecz, która nie pasuje do reszty książki, która robi wyłom w tak starannie wznoszonym murze mitu.
Cóż, nie ma rzeczy doskonałych, są natomiast znakomite. Tak dobrego tekstu literatury popularnej dawno nie czytałem. I tylko... tylko... Każda droga musi się kiedyś skończyć, wiem, że od tej reguły nie ma wyjątku... Ale dlaczego, Boże mój, Zielona Mila jest taka krótka?
Wstęp i przedmowę do jednolitego książkowego wydania Mili (bo takie właśnie, opublikowane jakiś czas po ukazaniu się ostatniej części, miałem w rękach) przeczytać zresztą w ogóle warto, autor podsuwa w niej bowiem pewne klucze interpretacyjne. Radzę jednak wstrzymać się z tym do chwili, gdy będziecie mieć za sobą przynajmniej połowę utworu – o niektórych rzeczach za wcześnie lepiej nie wiedzieć. Ba, może nawet lepiej przeczytać przedmowę i wstęp (dochodzi do nich jeszcze posłowie) dopiero po zakończeniu lektury, dopiero wręcz po własnej refleksji nad nią, żeby zbyt wcześnie się nie zasugerować...
...ale powróćmy już do samej powieści. Słowo "klucze", którego przed chwilą użyłem, to ważny element tekstu – akcja utworu dzieje się bowiem w więzieniu. Już pierwszy akapit powieści (powtórzony skądinąd w jej końcowych partiach, gdzie pełni funkcję domykającej całość klamry, jednej z kilku) wyjaśnia wiele: "Zdarzyło się to w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim, kiedy stanowe więzienie wciąż mieściło się w Cold Mountain. I kiedy było tam oczywiście krzesło elektryczne". Istotnie, głównymi węzłami fabularnymi są egzekucje, tych zaś dogląda narrator – Paul Edgecombe, szef bloku, w którym przebywają więźniowie skazani wyrokiem śmierci. Drugą po nim postacią jest w książce John Coffey (jego nazwisko wymawia się tak samo jak nazwę napoju, tylko inaczej się pisze), potężny Murzyn, który kryje, rzecz jasna, niezwykłą tajemnicę. Galeria bohaterów nie została przez Kinga zbytnio rozszerzona, ale dzięki temu jest więcej miejsca dla tych, co znaleźli drogę na na stronice książki.
Mysz...
Pan Dzwoneczek...
Mysz? Ach! Wybaczcie, zamyśliłem się na chwilę. Mówiąc o bohaterach Zielonej Mili, trudno nie wspomnieć o Matrosie Willym, czyli właśnie Panu Dzwoneczku. Jeszcze nigdy nie spotkałem utworu o ludziach, w którym tak bardzo poruszyłyby mnie losy myszy. Kiedy teraz wracam myślami do końcowych zdań części trzeciej, mam poczucie, że to właśnie z tą postacią związałem najżywsze, najmocniejsze emocje. Niesamowite, jak King potrafił rozegrać historię Pana Dzwoneczka, tej jednej maleńkiej, kochanej myszy.
Czy widzę uśmiech na Waszych twarzach? Jeżeli tak, to nie ma potrzeby go ukrywać, bo właśnie o to chodzi w tej powieści. Są w niej łzy, ale jest także radość. To prawdziwie królewska narracja, w której nie braknie powodów do smutku, lecz z kart przeziera także głębokie dobro. Paul Edgecombe w swojej opowieści powołuje do istnienia cały świat, z jego najwyższymi szczytami i najciemniejszymi pieczarami; jeżeli miałbym porównać jej lekturę do podróży, to nie byłby to nużący marsz po równinie, ale fascynująca wędrówka w górach. Autorowi Miasteczka Salem powiodła się rzecz niesłychana: on, twórca tylu horrorów, ikona literatury popularnej, postawił przed sobą zadanie (sam o tym zresztą pisze) ukazania mitu – i wygrał, wygrał wszystko. Gdyby to było możliwe, tę książkę czytałoby się na jednym oddechu.
Tomek Majkowski stwierdził kiedyś, że dla Amerykanów powieściopisarstwo równa się imitowaniu Henry'ego Jamesa. Oznacza to taką metodę narracyjną, wskutek której podążamy za bohaterem, patrząc na świat jego oczyma; nie ma wszechwiedzy, nie ma komentarzy odautorskich, nie ma boskich sądów wyjaśniających czytelnikowi, kogo pokochać, a kogo znienawidzić. Jest tylko zwykły ludzki umysł i zwykły mózg. Dzisiaj faktycznie piszą w ten sposób prawie wszyscy; Stephen King zdołał się wszakże z tego wyłamać, nawiązując do najlepszych tradycji dziewiętnastowiecznej prozy nie tylko formułą powieści w odcinkach, ale i właśnie sposobem narracji. To zaskakujące, jak wielką Zielona Mila zyskała dzięki temu świeżość. Wydarzenia roku 1932 wspomina Paul po wielu, wielu latach; czasem przestawia kolejność chronologiczną, lecz przede wszystkim wiedza o późniejszych wydarzeniach pozwala mu niby mimochodem rzucać uwagi, które rozpalają ciekawość czytelnika silniej niż cokolwiek innego. Zanim na scenie ukaże się William Wharton, najgroźniejszy więzień bloku E, słyszymy o nim kilka razy; wiemy, czego się spodziewać, a jednocześnie zdajemy sobie sprawę, iż narrator nie mówi nam wszystkiego; i właśnie dzięki temu nie możemy oderwać wzroku od kolejnej, następnej, dalszej i jeszcze jednej strony.
Szkoda mi tylko tego, co zaszło między Johnem Coffeyem a Dzikim Billem. Nie mogę tutaj o tym mówić, lecz zaznaczę, że w tym miejscu – w moim odczuciu – King za bardzo uprościł sobie zadanie, pognał myślami na skróty, może pod wpływem własnego sposobu pisania horrorów. Z tego powodu zdarzyła się chyba jedyna rzecz, która nie pasuje do reszty książki, która robi wyłom w tak starannie wznoszonym murze mitu.
Cóż, nie ma rzeczy doskonałych, są natomiast znakomite. Tak dobrego tekstu literatury popularnej dawno nie czytałem. I tylko... tylko... Każda droga musi się kiedyś skończyć, wiem, że od tej reguły nie ma wyjątku... Ale dlaczego, Boże mój, Zielona Mila jest taka krótka?
piątek, grudzień 25, 2009
RPG '09 – najważniejsze wydarzenia naukowe
Adrian Kuc (Borejko) zaproponował mi napisanie kilku słów podsumowujących ostatni rok w RPG i dołączenie do innych osób, które to zrobiły. Zgodziłem się, a ponieważ tekst nieco się rozrósł i chciałbym go zaproponować jak najszerszemu gronu czytelników, umieszczam go również na obu swoich blogach. Całość koncentruje się na najważniejszych wydarzeniach naukowych. Zapraszam do lektury!
Rok zaczął się dobrze, bo od wydania pierwszego numeru International Journal of Roleplaying – międzynarodowego pisma naukowego dostępnego w całości za darmo w internecie, dotyczącego w znacznej mierze gier fabularnych. Wśród autorów i redaktorów można znaleźć wiele ważnych postaci, m.in. Markusa Montolę (jednego z głównych animatorów nordyckiego ruchu LARP-owego i badań naukowych nad LARP-ami, które przyczyniły się do powstania nowej formy rozgrywki nazwanej "pervasive gaming") i Gary'ego Alana Fine'a (twórcę pierwszej chyba książkowej publikacji naukowej o RPG: Shared fantasy. Role-playing games as social worlds). Podobnie jak w Polsce, większość nordyckich badaczy gier fabularnych to jednocześnie gracze z wieloletnim doświadczeniem. Kolejny numer czasopisma ukaże się za kilka miesięcy.
W kwietniu w Norwegii odbył się tegoroczny Knutepunkt – konwent z elementami konferencji, któremu towarzyszyła anglojęzyczna książka o grach (przede wszystkim LARP-ach) pt. Larp, the Universe and Everything. Można w niej przeczytać m.in. o łotewskich LARP-ach i edukacyjnych zastosowaniach gier fabularnych w Brazylii, ale też o tworzeniu postaci larpowych. Ciąg dalszy (i konwent, i publikacja) w kwietniu 2010 roku.
Na rodzimym gruncie warto odnotować działalność Polskiego Towarzystwa Badania Gier. Pierwszą z jego inicjatyw – dość luźną – były wystąpienia ludologiczne na konwentach, niekiedy (zwłaszcza na marcowym Pyrkonie) tworzące zwarte bloki. Drugie przedsięwzięcie PTBG to czasopismo Homo Ludens, którego pierwszy numer został w październiku opublikowany w internecie. Również w październiku miała miejsce piąta już konferencja towarzystwa. Wszystkie te inicjatywy będą kontynuowane w nadchodzącym roku.
Powróćmy do świata anglojęzycznego. Początek września przyniósł czwartą konferencję Digital Games Research Association pt. Breaking New Ground. Tutaj dostępne są teksty referatów konferencyjnych. Piąta konferencja DiGRA odbędzie się w roku 2011.
Również we wrześniu pojawił się pierwszy z wpisów NiTessine'a o zajęciach prowadzonych na Uniwersytecie w Tampere – zajęciach bardzo dla nas ciekawych, bo dotyczących badań nad odgrywaniem ról (roleplaying studies).
Większość z omówionych wydarzeń znajdzie swoją kontynuację w kolejnym roku. Trzeba raz jeszcze podkreślić, iż w znacznym stopniu tworzą je czynni miłośnicy gier fabularnych, którzy łączą granie z badaniem RPG i LARP-ów. Mam nadzieję, że to pomoże w dialogu między środowiskami graczy i naukowców – roczny pobyt w fandomie i lektura wielu tekstów akademickich utwierdzają mnie w przekonaniu, że taki dialog jest potrzebny. Wszystkim nam życzę, by miał miejsce i przynosił dobre owoce.
Rok zaczął się dobrze, bo od wydania pierwszego numeru International Journal of Roleplaying – międzynarodowego pisma naukowego dostępnego w całości za darmo w internecie, dotyczącego w znacznej mierze gier fabularnych. Wśród autorów i redaktorów można znaleźć wiele ważnych postaci, m.in. Markusa Montolę (jednego z głównych animatorów nordyckiego ruchu LARP-owego i badań naukowych nad LARP-ami, które przyczyniły się do powstania nowej formy rozgrywki nazwanej "pervasive gaming") i Gary'ego Alana Fine'a (twórcę pierwszej chyba książkowej publikacji naukowej o RPG: Shared fantasy. Role-playing games as social worlds). Podobnie jak w Polsce, większość nordyckich badaczy gier fabularnych to jednocześnie gracze z wieloletnim doświadczeniem. Kolejny numer czasopisma ukaże się za kilka miesięcy.
W kwietniu w Norwegii odbył się tegoroczny Knutepunkt – konwent z elementami konferencji, któremu towarzyszyła anglojęzyczna książka o grach (przede wszystkim LARP-ach) pt. Larp, the Universe and Everything. Można w niej przeczytać m.in. o łotewskich LARP-ach i edukacyjnych zastosowaniach gier fabularnych w Brazylii, ale też o tworzeniu postaci larpowych. Ciąg dalszy (i konwent, i publikacja) w kwietniu 2010 roku.
Na rodzimym gruncie warto odnotować działalność Polskiego Towarzystwa Badania Gier. Pierwszą z jego inicjatyw – dość luźną – były wystąpienia ludologiczne na konwentach, niekiedy (zwłaszcza na marcowym Pyrkonie) tworzące zwarte bloki. Drugie przedsięwzięcie PTBG to czasopismo Homo Ludens, którego pierwszy numer został w październiku opublikowany w internecie. Również w październiku miała miejsce piąta już konferencja towarzystwa. Wszystkie te inicjatywy będą kontynuowane w nadchodzącym roku.
Powróćmy do świata anglojęzycznego. Początek września przyniósł czwartą konferencję Digital Games Research Association pt. Breaking New Ground. Tutaj dostępne są teksty referatów konferencyjnych. Piąta konferencja DiGRA odbędzie się w roku 2011.
Również we wrześniu pojawił się pierwszy z wpisów NiTessine'a o zajęciach prowadzonych na Uniwersytecie w Tampere – zajęciach bardzo dla nas ciekawych, bo dotyczących badań nad odgrywaniem ról (roleplaying studies).
Większość z omówionych wydarzeń znajdzie swoją kontynuację w kolejnym roku. Trzeba raz jeszcze podkreślić, iż w znacznym stopniu tworzą je czynni miłośnicy gier fabularnych, którzy łączą granie z badaniem RPG i LARP-ów. Mam nadzieję, że to pomoże w dialogu między środowiskami graczy i naukowców – roczny pobyt w fandomie i lektura wielu tekstów akademickich utwierdzają mnie w przekonaniu, że taki dialog jest potrzebny. Wszystkim nam życzę, by miał miejsce i przynosił dobre owoce.
Życzenia
Pewne idee wciąż powracają jako fundament naszego myślenia. Mamy Platona, który zastanawiając się nad hierarchią doświadczenia, pisał, że najniżej znajduje się doświadczenie tego, co materialne, wyżej tego, co duchowe, a najwyżej tego, co absolutne. Kilka wieków później św. Augustyn pisząc o hierarchii dóbr, mówił to samo. W XVII wieku Pascal głosił, że największe dobro materialne nie jest w stanie dorównać najmniejszej myśli, a największa myśl nie jest w stanie dorównać najmniejszemu drgnieniu miłości, a więc zdradził podobną intuicję. I w XX wieku Max Scheler na szczycie swej hierarchii wartości postawił sacrum, a najniżej wartości hedonistyczne.Mądrości Platona, Augustyna, Schelera, a przede wszystkim Pascala. Mnie i Wam. Także tym, dla których sacrum nie znajduje się zgoła w obszarze religii.(Z rozmowy Jarosława Makowskiego z Tadeuszem Gadaczem).
Zaś rozmowy z profesorem Gadaczem (w tym również tę i tę) polecam gorąco, nie tylko na święta.
czwartek, grudzień 24, 2009
Tygodnik #8–10
30 listopada – 20 grudnia
Po chorobie przyszedł czas na pracę. Mało w tym czasie pisałem na blogu (zwłaszcza polterowym), kończyłem natomiast (i nadal kończę... Męczy mnie to już bardzo, ale cóż, trzeba się wywiązywać z zobowiązań) dwa zaległe zadania zarobkowe – jedno z nich, rzeklibyście, prawdziwie epickie, bo pierwszy kontakt z nim miałem w marcu, a od tamtego czasu następowały wielokrotne obustronne przesunięcia i opóźnienia.
Na początku grudnia w serwisie Poltergeist ukazała się druga część mojego cyklu "Graj konwencją", w którym staram się pokazać przydatność wiedzy literaturoznawczej w RPG. Niebawem kolejny odcinek.
Między czwartkiem 10 a niedzielą 13 grudnia wybrałem się na małą eskapadę: z Poznania do Wrocławia, potem w piątek do Warszawy, w sobotę do Torunia, a w niedzielę z powrotem do Poznania. Spotkałem kilka osób, poznałem nową koleżankę po Polterze, zobaczyłem się z siostrą, poprowadziłem sesję (chyba udaną) i warsztaty narracyjne (bez porażek i bez rewelacji) na Toruńskich Dniach Fantastyki. W niedzielę zresztą zdałem też sobie sprawę, że to już drugi tydzień nie ma Tygodnika, ale jak widzicie, na napisanie kolejnej części trzeba było jeszcze długo poczekać.
W ostatnich tygodniach przeczytałem także kilka książek, przede wszystkim na zajęcia z literatury popularnej i literatury fantastycznej. Wychodzi mi całkiem niezła średnia lekturowa; mam nadzieję, że będę umiał ją podtrzymać. Skądinąd do styczniowego zaliczenia brakuje mi jeszcze chyba kilkunastu pozycji, więc między świętami a końcem roku czeka mnie naprawdę sporo czytania. Co w sumie dobrą rzeczą jest.
Byłem też na dwu filmach: Domu złym oraz Rewersie. Obydwa dobrze zrobione, oba polecam, ale pierwszy z nich jest straszliwie, straszliwie przygnębiający...
Na koniec jedna refleksja: chyba już kiedyś pisałem o tym, że planuję wyjechać na półroczne stypendium Erasmusa do Finlandii, badają tam bowiem RPG. Ostatnio te zamierzenia się zachwiały – po pierwsze dlatego, iż z wyjazdem pojawiają się kolejne i kolejne problemy, po wtóre dlatego, że wcale już nie jestem przekonany, czy to właśnie gry fabularne będą w przyszłości głównym przedmiotem moich naukowych zainteresowań. Na razie są, ale czy będą nim na tyle długo, aby specjalnie jechać aż do Finlandii właśnie dla nich? Takiej pewności wcale nie mam.
Istnieje zatem spore prawdopodobieństwo, że zamiast wybierać się na nordyckie ziemie, w roku 2010/2011 wyląduję na Moście (rocznej wymianie studenckiej) w Warszawie. Czy tak się stanie faktycznie – nie będę oryginalny: czas pokaże.
Po chorobie przyszedł czas na pracę. Mało w tym czasie pisałem na blogu (zwłaszcza polterowym), kończyłem natomiast (i nadal kończę... Męczy mnie to już bardzo, ale cóż, trzeba się wywiązywać z zobowiązań) dwa zaległe zadania zarobkowe – jedno z nich, rzeklibyście, prawdziwie epickie, bo pierwszy kontakt z nim miałem w marcu, a od tamtego czasu następowały wielokrotne obustronne przesunięcia i opóźnienia.
Na początku grudnia w serwisie Poltergeist ukazała się druga część mojego cyklu "Graj konwencją", w którym staram się pokazać przydatność wiedzy literaturoznawczej w RPG. Niebawem kolejny odcinek.
Między czwartkiem 10 a niedzielą 13 grudnia wybrałem się na małą eskapadę: z Poznania do Wrocławia, potem w piątek do Warszawy, w sobotę do Torunia, a w niedzielę z powrotem do Poznania. Spotkałem kilka osób, poznałem nową koleżankę po Polterze, zobaczyłem się z siostrą, poprowadziłem sesję (chyba udaną) i warsztaty narracyjne (bez porażek i bez rewelacji) na Toruńskich Dniach Fantastyki. W niedzielę zresztą zdałem też sobie sprawę, że to już drugi tydzień nie ma Tygodnika, ale jak widzicie, na napisanie kolejnej części trzeba było jeszcze długo poczekać.
W ostatnich tygodniach przeczytałem także kilka książek, przede wszystkim na zajęcia z literatury popularnej i literatury fantastycznej. Wychodzi mi całkiem niezła średnia lekturowa; mam nadzieję, że będę umiał ją podtrzymać. Skądinąd do styczniowego zaliczenia brakuje mi jeszcze chyba kilkunastu pozycji, więc między świętami a końcem roku czeka mnie naprawdę sporo czytania. Co w sumie dobrą rzeczą jest.
Byłem też na dwu filmach: Domu złym oraz Rewersie. Obydwa dobrze zrobione, oba polecam, ale pierwszy z nich jest straszliwie, straszliwie przygnębiający...
Na koniec jedna refleksja: chyba już kiedyś pisałem o tym, że planuję wyjechać na półroczne stypendium Erasmusa do Finlandii, badają tam bowiem RPG. Ostatnio te zamierzenia się zachwiały – po pierwsze dlatego, iż z wyjazdem pojawiają się kolejne i kolejne problemy, po wtóre dlatego, że wcale już nie jestem przekonany, czy to właśnie gry fabularne będą w przyszłości głównym przedmiotem moich naukowych zainteresowań. Na razie są, ale czy będą nim na tyle długo, aby specjalnie jechać aż do Finlandii właśnie dla nich? Takiej pewności wcale nie mam.
Istnieje zatem spore prawdopodobieństwo, że zamiast wybierać się na nordyckie ziemie, w roku 2010/2011 wyląduję na Moście (rocznej wymianie studenckiej) w Warszawie. Czy tak się stanie faktycznie – nie będę oryginalny: czas pokaże.
sobota, grudzień 19, 2009
Nie wiem, czym był stan wojenny
Niedawno pewna bliska mi osoba mocno się zdziwiła, że nie mam jasnego poglądu na to, czy decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego przysłużyła się Polsce, czy wręcz przeciwnie. Cóż, nie mam – i wszystko wskazuje na to, że jeszcze długo mieć nie będę.
"Ale to takie ważne!". Pewnie, że ważne, ale na temat tego, czy w polskich miastach prawidłowo buduje się mosty, też nie mam jasnych poglądów – a to również, przyznacie, sprawa dosyć istotna. Jednak z jakiegoś powodu moja ignorancja w sprawie budowy mostów nie budzi takich kontrowersji.
"Ale przecież są źródła, możesz przeczytać!". Pewnie, że są. Rozliczne, skomplikowane i wzajemnie sprzeczne, a w dodatku niektóre nadal niedostępne. Dziękuję, postoję.
Cholera, co to w ogóle za pomysł, żeby wymagać od człowieka jasnych, zadeklarowanych poglądów na temat spraw, które wymagają bardzo głębokiej, specjalistycznej wiedzy?
A swoją drogą – zdumiewa mnie to, że tyle osób wyciąga wnioski na temat stanu wojennego na podstawie tak marnych kompetencji (chodzi mi o tutaj o brak wykształcenia historycznego) i tak wątłych informacji. Także osób skądinąd rozsądnych. Apeluję: nie idźcie tą drogą!
"Ale to takie ważne!". Pewnie, że ważne, ale na temat tego, czy w polskich miastach prawidłowo buduje się mosty, też nie mam jasnych poglądów – a to również, przyznacie, sprawa dosyć istotna. Jednak z jakiegoś powodu moja ignorancja w sprawie budowy mostów nie budzi takich kontrowersji.
"Ale przecież są źródła, możesz przeczytać!". Pewnie, że są. Rozliczne, skomplikowane i wzajemnie sprzeczne, a w dodatku niektóre nadal niedostępne. Dziękuję, postoję.
Cholera, co to w ogóle za pomysł, żeby wymagać od człowieka jasnych, zadeklarowanych poglądów na temat spraw, które wymagają bardzo głębokiej, specjalistycznej wiedzy?
A swoją drogą – zdumiewa mnie to, że tyle osób wyciąga wnioski na temat stanu wojennego na podstawie tak marnych kompetencji (chodzi mi o tutaj o brak wykształcenia historycznego) i tak wątłych informacji. Także osób skądinąd rozsądnych. Apeluję: nie idźcie tą drogą!
piątek, grudzień 18, 2009
Nowa książka o RPG i LARP-ach za darmo w sieci
Pod tym adresem można już ściągać za darmo zeszłoroczną książkę nordyckich badaczy RPG i (przede wszystkim) LARP-ów "Playground Worlds". Znajdują się tam również linki do innych publikacji towarzyszących konwentom-konferencjom, które są organizowane w tej części świata. Wszystkim zainteresowanym gorąco polecam!
wtorek, grudzień 08, 2009
"Bóg jakby już zamilknął"
Bóg jakby już zamilknął i nie ma już nic więcej do powiedzenia. To bowiem, o czym częściowo mówił dawniej przez proroków, wypowiedział już całkowicie, dając nam wszystko, to jest swego Syna (z dzieła św. Jana od Krzyża Droga na górę Karmel, dłuższy fragment tutaj).
Jeśli więc dzisiaj ktoś chciałby jeszcze pytać Boga albo pragnąć od Niego jakichś widzeń czy objawień, nie tylko postąpiłby nieroztropnie, lecz również obraziłby Boga, nie mając oczu utkwionych w Chrystusie całkowicie, bez pragnienia jakichś innych nowości (tamże).Święty Jan zdaje się odpowiadać na współczesne pytanie o cuda – a raczej ich brak. Jeśli istotnie w owych czasach, gdy Chrystus chodził po ziemi, nawet cień świętego Piotra uzdrawiał, to dlaczego teraz na pierwszych stronach gazet nie czytamy o nowych Łazarzach? Dlatego, twierdzi Jan, że cud zastąpiło Słowo, zapisane w Piśmie Świętym. To Jemu mamy być teraz wierni, niczemu innemu.
Trudno jednak nie zastanowić się nad pewnymi rzeczami. Po pierwsze, istnieją doniesienia o cudownych uzdrowieniach czy skutecznych egzorcyzmach. Po drugie, Kościół katolicki oficjalnie uznał np. objawienia fatimskie. Po trzecie, częścią procedury kanonizacyjnej jest udokumentowanie cudu dokonanego przez kandydata do świętości. Zatem już na gruncie samego katolicyzmu pogląd Jana od Krzyża wydaje się niepewny. (Pomijam w tej chwili możliwość, której uczciwość intelektualna odrzucić bez sprawdzenia nie pozwala – że cuda nie istnieją, a raczej że nie należą do żadnego innego porządku niż porządek ziemskiej natury).
Cóż z tym zrobić? Nie wiem, przyznam, nie wiem. Być może istnieje inny sposób zinterpretowania słów św. Jana? Być może Wy macie jakiś pomysł?
niedziela, grudzień 06, 2009
"Głos wołającego na pustyni"
"Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego". Prorok stwierdza wyraźnie, że ta zapowiedź spełni się na pustyni, a nie w Jerozolimie (z komentarza Euzebiusza, biskupa Cezarei, do proroctwa Izajasza; dłuższy fragment tutaj).Było o medytacji, było o cierpliwości, będzie o poście. Post jest typowym przedsięwzięciem pustynnym, ascezą dokonującą się w odosobnieniu. Współczesne miasto to dla takiej aktywności (a może pasywności?) miejsce dość kiepskie; zbyt wiele w nim rozproszeń. Warto zatem codziennie spędzić nieco czasu na pustyni (czy też "na puszczy", jak mówiono kiedyś). Tam, gdzie nie dotrze codzienny świat, otwiera się przestrzeń do refleksji.
Co może być taką pustynią? To pewnie sprawa indywidualna – wyobrażam sobie, że niektórzy znajdą swój czas odosobnienia na przykład przy dobrej książce religijnej (może być nią Biblia). Adwent zatem to może słuszna okazja, by zacząć lekturę jakiegoś dzieła. Być może jakiejś encykliki? Ale to tylko jedna z wielu dróg. Paradoks polega bowiem na tym, że z pustyni (niech miasto Gdańsk wybaczy mi, iż pożyczam tu fragment jego motta) widać całe morze możliwości.
"Trzeba nam trwać w cierpliwości"
Bracia umiłowani! Została nam dana nadzieja prawdy i wolności. Trzeba nam więc trwać w cierpliwości, by wiara i nadzieja mogły przynieść swój owoc (z dzieła św. biskupa Cypriana O pożytku cierpliwości, dłuższy fragment tutaj).Cierpliwość. Taaak. Nie ma co tutaj dużo mówić, to nie jest największa cnota współczesnego człowieka. W kontekście wpływu, który wywiera na nas internet, ciekawie mówił o tym Dawid Wiener; ja dla swoich potrzeb stworzyłem nazwę "syndrom dwudziestu okienek w Firefoksie". Tak czy inaczej, czasy nie sprzyjają rozwijaniu umiejętności czekania. Nie wiem jak Wy, ale mnie drażni nawet samo stanie na przystanku i oczekiwanie na tramwaj. W głowie mi się nie mieści, jak opisywani przez Kapuścińskiego Afrykańczycy potrafią tak czekać całymi dniami. Cóż, wygląda na to, że nasza cywilizacja, sprzyjając zdobywaniu pewnych umiejętności, prowadzi zarazem do tracenia drugich.
Być cierpliwym – to niełatwa sztuka. Nie przez przypadek źródłosłów tego wyrazu jest identyczny, jak w słowie "cierpienie". Widać to również w języku angielskim, gdzie słowo patience pochodzi od łacińskiego patiens – 'cierpiący' (Viktor Frankl, wielki psycholog egzystencjalny, napisał książkę Homo patiens). A tymczasem mówi się nam: uczyńcie krok wstecz i stańcie nieruchomo, nie dajcie się oszołomić temu światu, bo poza nim i ponad nim czeka inny, doskonalszy. Trudne? Trudne. Warto? Warto.
Oczywiście, zdarzają się takie sytuacje, w których nie tylko można, ale i trzeba stracić cierpliwość. Nie był cierpliwy Jezus gromiący kupców w świątyni. To jednak temat na zupełnie inną opowieść.
piątek, grudzień 04, 2009
"Opuść na chwilę twoje zajęcia"
Dalejże, marny człowieczku! Opuść na chwilę twoje zajęcia, uchyl się nieco od nawału twych myśli. Odrzuć ciążące ci troski, odłóż pochłaniające cię prace. Zajmij się choć trochę Bogiem, spocznij w Nim przez chwilę (z Proslogionu św. biskupa Anzelma; dłuższy fragment – tutaj).Tradycja medytacji łączy Wschód z Zachodem. Nie tylko chrześcijaństwo traktuje ją jako drogę do Boga. Ba, nie trzeba wręcz być wyznawcą żadnej religii, by dostrzec wartość choćby w kilkunastu minutach odpoczynku od codzienności.
Trudno jednak znaleźć ten czas. Trudno zresztą w ogóle się skoncentrować – współczesność nas tego nie uczy. Zbyt wiele pokus dookoła. A skoro tak, to być może warto się od nich świadomie odciąć? Doświadczyć, w pewnym sensie, innego świata?
Chrześcijańska medytacja nie stanowi, oczywiście, jedynej metody, by to uczynić. Jest to wszakże metoda wartościowa, co mogę poświadczyć osobiście: kilka dni na milczących rekolekcjach ignacjańskich to bez wątpienia jeden z ważniejszych okresów w moim dotychczasowym życiu.
Jeżeli kogoś z Was również interesuje takie doświadczenie – chętnie opowiem więcej. Adwent to może dobry czas, aby się nad takimi sprawami zastanowić; w końcu czekanie nie kończy się 24 grudnia, tylko trwać będzie... jak długo? Ignoramus et ignorabimus. Dobrze jest umieć czekać.
"Gdybyśmy dokładnie znali czas przyjścia Pana..."
Gdybyśmy dokładnie znali czas przyjścia Pana, stałoby się ono daremne, bo nie pożądałyby Go ani narody, ani wieki, w których ma się objawić (z komentarza św. diakona Efrema do Diatessaronu; dłuższy fragment – tutaj).W powieści Jonathana Carrolla Kraina chichów pojawia się postać, która dokładnie zna cały przebieg swojego życia – nie tylko przeszłość, ale i przyszłość. Z jej słów wynika, że właśnie dzięki temu nie boi się śmierci.
Niejeden człowiek zgodzi się też, że najgorsze jest czekanie, aż wydarzy się coś złego – nie zaś wydarzenie samo w sobie.
Komentarz Efrema sugeruje, że ten mechanizm można odwrócić; że wyjaśnia on również oczekiwanie na coś dobrego (czym niewątpliwie jest paruzja). Wyobraź sobie, że wkrótce powróci z oddali ktoś bardzo bliski, nie znasz jednak dokładnej godziny jego przybycia. Czy nie trudno będzie Ci zająć umysł innymi rzeczami, skoro gość może zjawić się w każdej chwili?
Być może właśnie o to chodzi: że rutyna jest wrogiem pamięci. A chrześcijaninowi o pewnych rzeczach pamiętać trzeba – podobnie jak każdemu człowiekowi, który szykuje się na spotkanie dawno niewidzianego przyjaciela.
środa, grudzień 02, 2009
"Wiemy, że potrójne jest przyjście Pana"
Wiemy, że potrójne jest przyjście Pana. Trzecie jest pośrodku między dwoma pozostałymi. Te są jawne, trzecie nim nie jest (z kazania adwentowego św. Bernarda, opata; dłuższy fragment – tutaj).Pamiętam jeszcze z liceum, że w katechezie kładło się nacisk na podwójne przyjście Boga na ziemię. Pierwsze dotyczy lat, które spędził wśród ludzi Jezus; drugie, paruzja, dokona się na końcu czasów. Biblia mówi również, że odchodzący Chrystus pozostawił uczniom swojego Ducha, tak aby nie pozostali samotni.
Skądinąd jest to jeden z argumentów podnoszonych w obronie prawdziwości chrześcijaństwa: trudno sobie wyobrazić, skąd garstka rybaków miałaby znaleźć siłę na nawrócenie tak wielu. Święty Tomasz powie, że jeśli miałoby się to dokonać bez cudów, to samo w sobie byłoby już największym cudem. Argument to, rzecz jasna, nierozstrzygający, ale zasługujący na przemyślenie.
Wracając jednak do dwu przyjść Pana i do zesłania Ducha Świętego – Bernard o tym ostatnim nie wspomina, ma więc zapewne na myśli co innego. To być może, iż dla wierzącego katolika Chrystus jest cały czas obecny. Albo jeszcze inaczej: przychodzi do niego w każdej chwili.
Sądzę, że w sposób zarówno najbardziej symboliczny, jak i w najgłębszym sensie realny, dokonuje się to w Eucharystii. Zaś końcowe słowa rozesłania – "Idźcie w pokoju Chrystusa" – podkreślają to, iż Boża obecność jest czymś, co chrześcijaninowi stale towarzyszy.
Tak czy inaczej, rzeczywiście mówienie o kenozie (wcieleniu) i paruzji stwarzać może błędne wrażenie, jak gdyby Bóg pojawił się na ziemi tylko na chwilę, a potem zniknął na tysiące lat. Tymczasem rzecz ma się całkiem inaczej, a święty Bernard znalazł niebłahy sposób, aby o tym opowiedzieć.
wtorek, grudzień 01, 2009
"Ten, który innych wzbogaca, staje się ubogim"
On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (Flp 2, 7).
Ten, który innych wzbogaca, staje się ubogim (z kazania św. bpa Grzegorza z Nazjanzu).
Przed chwilą zestawiłem ze sobą te dwa cytaty; uderzył mnie wtedy związek między codzienną rzeczywistością a tajemnicą Wcielenia, o której pisze święty Paweł. Kto przekazuje innym pieniądze, sam rzeczywiście ma ich mniej, a przez to staje się uboższy – mniej godny chwały w oczach świata. (Możemy doceniać działalność charytatywną, ale gdyby jutro Brad Pitt rozdał ubogim wszystko, co ma, jego status społeczny spadłby zdecydowanie). Podobnie, jak powiada św. Grzegorz, było z Jezusem.
Warto dodać jeszcze jedno ogniwo do tego łańcucha: bogactwo, potem ubóstwo, w końcu jednak znów bogactwo. Chrystus na nowo staje w chwale, najpierw na górze Tabor, później dzięki zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu. Taką samą obietnicę otrzymuje chrześcijanin.
Co z tego wynika dla Jezusowego ucznia? Czy nie jest to krok dalej w porównaniu ze słowami "Niech nie wie lewica twoja, co czyni prawica"? Już nie tylko brak korzyści ziemskich, ale wręcz zapowiedź straty? Jeżeli jednak jest to strata, to wyłącznie w tych kategoriach, do których przyzwyczaił nas świat. W psychologicznych badaniach nad poczuciem szczęśliwości Masajowie osiągnęli wyższy wynik niż studenci w Illinois; wygląda na to, że pieniądze istotnie szczęścia nie dają. Nawet doczesnego.
A co ze szczęściem wiecznym?
Wszystkim, którzy są zainteresowani kazaniami Ojców Kościoła – czy to z powodów religijnych, czy religioznawczych – polecam inicjatywę poznańskiego duszpasterstwa akademickiego "Kresy": Ojcowie Kościoła na czas adwentu. Teksty krótkie, treściwe, piękne; można przebrnąć przez nie w parę minut i znaleźć jedną rzecz dla siebie, można się także zatrzymać na dłużej. Rzecz w sam raz dla współczesnego, wiecznie zajętego człowieka.
Winchesterowie w kręgu akcji
Cykl o konwencjach doczekał się właśnie drugiej części. Możecie ją przeczytać tutaj. Zachęcam do lektury nie tylko tych z Was, którzy są miłośnikami RPG – myślę, że również czytelnicy książek i widzowie filmów znajdą w tekście coś dla siebie. Zwłaszcza iż bezpośrednich nawiązań do gier fabularnych tym razem nie ma wiele, jest natomiast sporo informacji o konwencji kulturowej w ogóle, a także o konwencji serialu Supernatural.
poniedziałek, listopad 30, 2009
Tygodnik #7
23–29 listopada
Kolejny tydzień choroby za mną. W tej chwili na szczęście ma się już ku lepszemu – jeszcze trochę kaszlę i mam lekką chrypkę, ale nic poza tym. Biorę też znacznie mniej leków.
Nie zmienia to jednak tego, że znowu zdecydowaną większość czasu spędziłem w domu. Na niektórych zajęciach to już moja czwarta nieobecność (wcześniej w październiku byłem jeszcze przez kilka dni przeziębiony). Mam nadzieję, że zdołam się porozumieć ze wszystkimi prowadzącymi – relacja w kolejnym tygodniku, ale jestem dobrej myśli.
Ponadto do drzwi zapukały staże. Wkrótce zapisy na drugi z nich, czyli kilka spotkań z pacjentem jakiegoś ośrodka związanego z szeroko pojmowanym zdrowiem psychologicznym i na koniec pisemna praca zaliczająca. Minionej wiosny były to rozmowy z bardzo sympatycznym panem odbywającym rehabilitację po zawale serca. Z kim przyjdzie mi się spotkać teraz, przekonam się częściowo dzisiaj, a częściowo za kilka dni.
Pierwszy staż rozpoczął się natomiast wczoraj, w niedzielę. W tym wypadku przygotowywaliśmy się do rozmów na dość szeroki temat życia i wspomnień osoby, która zgodzi się nam dopomóc.
W obu wypadkach nie występuję w roli terapeuty, a raczej uczę się prowadzenia rozmowy psychologicznej i wyciągania z niej wniosków (niekiedy z pomocą kwestionariuszy). Swoją drogą moja motywacja do tego, by zajmować się właśnie terapią, od rozpoczęcia studiów mocno spadła – pojawiły się jednak inne pomysły na przyszłość. Tak czy inaczej, nie żałuję wyboru właśnie specjalności klinicznej (a nie pracy lub edukacji); jest chyba przydatnie, a na pewno ciekawie.
Kolejny tydzień choroby za mną. W tej chwili na szczęście ma się już ku lepszemu – jeszcze trochę kaszlę i mam lekką chrypkę, ale nic poza tym. Biorę też znacznie mniej leków.
Nie zmienia to jednak tego, że znowu zdecydowaną większość czasu spędziłem w domu. Na niektórych zajęciach to już moja czwarta nieobecność (wcześniej w październiku byłem jeszcze przez kilka dni przeziębiony). Mam nadzieję, że zdołam się porozumieć ze wszystkimi prowadzącymi – relacja w kolejnym tygodniku, ale jestem dobrej myśli.
Ponadto do drzwi zapukały staże. Wkrótce zapisy na drugi z nich, czyli kilka spotkań z pacjentem jakiegoś ośrodka związanego z szeroko pojmowanym zdrowiem psychologicznym i na koniec pisemna praca zaliczająca. Minionej wiosny były to rozmowy z bardzo sympatycznym panem odbywającym rehabilitację po zawale serca. Z kim przyjdzie mi się spotkać teraz, przekonam się częściowo dzisiaj, a częściowo za kilka dni.
Pierwszy staż rozpoczął się natomiast wczoraj, w niedzielę. W tym wypadku przygotowywaliśmy się do rozmów na dość szeroki temat życia i wspomnień osoby, która zgodzi się nam dopomóc.
W obu wypadkach nie występuję w roli terapeuty, a raczej uczę się prowadzenia rozmowy psychologicznej i wyciągania z niej wniosków (niekiedy z pomocą kwestionariuszy). Swoją drogą moja motywacja do tego, by zajmować się właśnie terapią, od rozpoczęcia studiów mocno spadła – pojawiły się jednak inne pomysły na przyszłość. Tak czy inaczej, nie żałuję wyboru właśnie specjalności klinicznej (a nie pracy lub edukacji); jest chyba przydatnie, a na pewno ciekawie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)